Dodatek specjalny
Imperium na żądanie
Zapotrzebowanie: Światowy popyt na usługi NATO jako przekaziciela liberalnych i demokratycznych norm nigdy jeszcze nie był większy niż teraz. Za pośrednictwem tłumacza informacje o obecności ISAF są rozpowszechniane wśród ludności miejscowej (© British Crown Copyright/MOD)
Patrick Stephenson bada przyczyny rozrastania się zadań NATO
Podczas sesji Zgromadzenia Parlamentarnego NATO, która odbyła się w maju 2006 roku w Paryżu, doszło do ostrej utarczki słownej pomiędzy Islandią i Stanami Zjednoczonymi. Kwestie obejmowały obronę przeciwlotniczą, stacjonowanie żołnierzy, pieniądze, naruszone ego oraz amerykańskie obietnice, które – zdaniem Islandczyków – zostały złamane. Wiedząc tylko tyle, można by pomyśleć, że Islandia, będąca członkiem NATO, miała dość amerykańskiej obecności wojskowej w tym kraju i żądała, aby Amerykanie sformułowali termin ich wycofania.

W rzeczywistości było oczywiście odwrotnie. Islandczycy bardzo stanowczo żądali, żeby siły jednego z państw członkowskich Sojuszu nie opuszczały ich kraju. Proponowana rewizja kształtów i wielkości (footprint) bronionych przez amerykańską potęgę wojskową grozi pozostawieniem Islandii bez obrony przeciwlotniczej (a także bez miejsc pracy zapewnianych na miejscu przez obecność sił amerykańskich) i islandzcy parlamentarzyści poczuli się w obowiązku dać upust swoim żalom na rozumiejącym ich odczucia forum Zgromadzenia Parlamentarnego. Również państwa bałtyckie wyraziły swoje najwyższe zaniepokojenie z tego powodu, że tymczasowe porozumienie zobowiązujące samoloty NATO do patrolowania ich przestrzeni powietrznej mogłoby wkrótce wygasnąć. Litwini pytają: jak oni mogą zostawiać nas bez ochrony?

Rzeczywiście, głosy oburzenia, które podnoszą się, gdy siły zbrojne któregoś z państw członkowskich przygotowują się do opuszczenia terytorium jakiegoś kraju są porównywalne do hałaśliwych żądań przedstawianych przez rządy Mołdawii i Gruzji, aby ociągające się jednostki rosyjskie opuściły bazy pozostające z czasów ZSRR. Jednocześnie rządy te głośno domagają się wejścia do klubu NATO. Dla tych poradzieckich państw obecność rosyjskich sił na ich terytorium osłabia ich suwerenność narodową, a potencjalna obecność NATO miałaby tę suwerenność wzmocnić. Jeżeli NATO jest „imperium” w jakimkolwiek sensie, najwidoczniej emituje ten dziwny rodzaj przyciągającej siły, która – w wielu przypadkach – czyni z niego mile widziane imperium.

Wydłużająca się plansza do gry

Dwa wyżej cytowane przykłady nie są bynajmniej wyjątkowe. Potęga zwykle jest ekspansywna, a zachłanna potęga zawsze budzi odrazę; jednak pewien rodzaj dobroczynnej potęgi przyciąga. Na przykład, ogromna grupa członków natowskiego programu Partnerstwa dla Pokoju obejmuje narody z pasją broniące swojej neutralności – wynikającej z ich wyboru historycznego, aby zrzec się wybierania: na przykład Szwedów, Irlandczyków i Szwajcarów. Ale to dopiero początek. Czy to poprzez pomoc dla Unii Afrykańskiej w Sudanie; dostarczanie pomocy humanitarnej w wyniku trzęsienia ziemi, do którego doszło w październiku 2005 roku w Pakistanie, zaangażowanie w państwach bliskowschodnich w ramach Dialogu Śródziemnomorskiego; pomoc w niszczeniu lądowych min przeciwpiechotnych w Mołdawii; czy współpracę z Australią, Nową Zelandią i Japonią w Afganistanie – plansza, na której gra NATO jest rozciągana na cały świat.

Wiele z tych zjawisk łączy się z reakcją NATO na globalny terroryzm podczas, gdy niektóre z nich wydają się reakcją „ad hoc” na wybuchające kryzysy. Bez względu na przyczynę, granice państw partnerskich NATO rozciągają się obecnie aż do Chin, ponieważ Rada Partnerstwa Euroatlantyckiego (EAPC) zalicza już Republikę Kirgiską i Tadżykistan do grona swych członków. Mówi się nawet o zaangażowaniu samych Chin w jakąś formę dialogu. Wydaje się zatem, że to, co pierwotnie było politycznym i wojskowym sojuszem państw północnoatlantyckich sprzymierzonych przeciwko konkretnemu zagrożeniu ze strony ZSRR, stało się w przybliżeniu zachodnim stowarzyszeniem mającym na celu ni mniej, ni więcej, tylko zwalczanie wszechobecnej i amorficznej groźby „niestabilności”. Gdyby byli tu dzisiaj sygnatariusze pierwotnego Traktatu Waszyngtońskiego, łatwo byłoby wybaczyć im pytanie: co się tu dzieje?

Dobra ofensywa jest najlepszą obroną

Aby udzielić odpowiedzi na to pytanie, musimy nieco się cofnąć i przyjrzeć temu, co rzeczywiście się dzieje. Aktualne działania NATO można podzielić na trzy bardzo szerokie kategorie. Po pierwsze, Sojusz nadal zmaga się z utrzymującymi się resztkami skutków upadku ZSRR, prowadząc działania pokojowe w południowo-wschodniej Europie. Sojusz bada również ewentualne aspiracje poradzieckich państw takich, jak Ukraina i Gruzja, do członkostwa w Sojuszu, a jednocześnie utrzymuje partnerskie stosunki z innymi państwami, które nie są zainteresowane pełnym członkostwem, takimi jak Kazachstan. Po drugie, NATO rozbudowuje swoje wysiłki kwalifikowane do rubryki: wojna z globalnym terroryzmem, między innymi prowadząc operację Active Endeavour na Morzu Śródziemnym oraz misję Wielonarodowych Sił Wspierania Bezpieczeństwa (ISAF) w Afganistanie. Po trzecie, NATO „angażuje się” w regionach, które są ważne dla interesów jego państw członkowskich poprzez mechanizmy, takie jak Dialog Śródziemnomorski, a ostatnio pomoc humanitarna.

Jedna wspólna nić, która łączy większość tych działań, to fakt, że niewiele z nich było przewidywane w ramach strategii tworzonych przez natowskich decydentów. Na przykład, nagłe i w dużej mierze nieprzewidziane wycofanie się potęgi radzieckiej umożliwiło absorpcję byłych członków Układu Warszawskiego. Masakry w Bośni i w Kosowie zmusiły NATO do podjęcia misji pokojowych w południowo-wschodniej Europie. Szok wywołany wydarzeniami z 11 września wciągnął Sojusz do Afganistanu. Pomarańczowa i Różowa Rewolucja niespodziewanie postawiły Sojusz przed szansą podjęcia rozmów z Ukrainą i Gruzją. Kataklizmy naturalne oraz skala ludobójstwa zaangażowały Sojusz w Pakistanie i w Darfurze. Na każdym kroku Sojusz musiał improwizować w sytuacjach wcześniej jedynie mgliście zapowiadanych przez polityków, jeżeli w ogóle były one przedmiotem ich rozważań.

Potęga zwykle jest ekspansywna, a zachłanna potęga zawsze budzi odrazę; jednak pewien rodzaj dobroczynnej potęgi przyciąga
Ten model, w którym jedno działanie pociąga za sobą następne widzimy nawet w obecnym postępowaniu NATO wobec państw, które wyraziły pragnienie stania się pełnymi członkami Sojuszu: Albanii, Chorwacji, byłej Jugosłowiańskiej Republiki Macedonii*, Gruzji i Ukrainy. Prozachodnie elity w tych państwach właściwie nie pukają do drzwi NATO – walą w nie pięściami. Wiodący politycy w każdym z tych państw wierzą, że przystąpienie do instytucji transatlantyckich umocni reformy polityczne, które przeprowadzają u siebie, zabezpieczy ich przed resztkami rewanżyzmu w Rosji i przybliży je do europejskiej nowoczesności, której odmówiło im minione półwiecze. Mówiąc w skrócie: wystosowali do NATO zaproszenie do rozszerzenia jego miękkiego imperium – „miękkiego”, ponieważ jedynym wymogiem przynależności są właściwe instytucje polityczne i obronne oraz właściwe wybory w dziedzinie obronności. Zasadniczo wymogiem nie są natomiast właściwe wybory na krajowej arenie politycznej, poza fundamentalnym zobowiązaniem się do dbałości o prawa człowieka oraz do przeprowadzenia ekstradycji i ścigania zbrodniarzy wojennych.

Ze względu na własny interes, jak i – przede wszystkim – z pobudek idealistycznych, zbyt złożonych, aby je tutaj szerzej omawiać, członkowie NATO zazwyczaj wspierają reformatorów rządzących tymi krajami, a tym samym ich starania o członkostwo w Sojuszu. Ten fakt zmusza nas do zastanowienia. Zaledwie piętnaście lat temu raison-d’être Sojuszu była obrona terytoriów i instytucji demokratycznych jego stałych członków; teraz Sojuszu stara się chronić instytucje demokratyczne swoich potencjalnych członków i partnerów. To, co dawniej było bardzo konkretną misją defensywną ewoluowało w projekt euroatlantyckiej (a nawet euroazjatyckiej) obrony norm liberalnych, który musi być ze swej natury fundamentalnie ofensywny. I w rzeczywistości Koncepcja Strategiczna NATO z 1999 roku wyraża to mniej więcej wprost, nawet jeżeli konsekwencje takiej polityki są dopiero teraz w pełni zgłębiane: NATO będzie „zapewniać trwałe podstawy stabilizacji środowiska bezpieczeństwa euroatlantyckiego, oparte na rozwoju instytucji demokratycznych, woli pokojowego rozwiązywania sporów, w których żadne z państw nie będzie w stanie zastraszać lub zmuszać drugiego państwa za pomocą groźby użycia siły.” (www.bbn.gov.pl). Ostateczny rezultat jest taki, że promocja lub ochrona wewnętrznych instytucji demokratycznych nawet w państwach nienależących do Sojuszu musi stać się przedsięwzięciem międzynarodowym, a zatem kierowanym przez NATO.

To może nie jest zła rzecz: może nawet to jest rzecz dobra. Jednak z całą pewnością jest to wielka rzecz, ponieważ oznacza ona, że polityka NATO może być definiowana w mniejszym stopniu poprzez dobrze skonstruowane strategie formułowane w lśniących rezydencjach establishmentu w stolicach NATO, a w większym – przez improwizowane reakcje członków Sojuszu na wydarzenia polityczne w państwach, które są albo kandydatami do członkowstwa (Gruzja), partnerami (Kazachstan), obecnym terenem operacji NATO (Afganistan), potencjalnym terenem działań (Sudan) lub jedynie regionem dotkniętym kataklizmami (Pakistan). Jeżeli to prawda, „popyt” na unikalne usługi NATO stał się zewnętrzny w stosunku do procesów podejmowania decyzji w Sojuszu. Jeżeli jakikolwiek sojusz ukierunkowany na zewnątrz, ze scentralizowanym podejmowaniem decyzji można opisać jako zarządzany „od środka na zewnątrz”, wydaje się, że mamy tu do czynienia z napędzanym popytem sojuszem zarządzanym – przynajmniej od czasu do czasu – „z zewnątrz na zewnątrz”. To wyjaśnia pozorny paradoks – pomimo, iż w ostatnich miesiącach zapał w stolicach państw członkowskich do podejmowania kolejnych misji NATO gwałtownie osłabł, wydaje się, że świat potrzebuje NATO bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – chwilowe rozważanie na temat roli NATO w Libanie było tylko jednym z przykładów to ilustrujących. A Sojusz – chociaż z wahaniem – reaguje kolejnymi inicjatywami, dialogami i misjami.

Osuwanie się w kierunku osiągnięcia statusu imperium

To doprowadza nas do głównego paradoksu związanego z obecną egzystencją NATO. Sceptycy w Sojuszu przewidują jego zagładę a uczeni mędrcy zewsząd przynajmniej odnotowują domniemaną rozbieżność interesów i zdolności pomiędzy anglosaskimi członkami NATO (zwłaszcza USA), a całą resztą państw członkowskich. Z drugiej strony jednak, nigdy jeszcze nie było takiego jak obecnie światowego popytu na usługi NATO, które jest postrzegane jako unikalny podmiot wprowadzający zachodnie liberalne i demokratyczne normy za pomocą środków politycznych i wojskowych. Podczas, gdy elity rządzące w świecie zachodnim zdają się być coraz bardziej podzielone, elity w świecie rozwijającym się wydają się coraz bardziej jednoczyć, zarówno w pożądaniu swobód, instytucji i bogactw codziennego zachodniego życia, jak i w przekonaniu, że jakieś związanie się z NATO jest jednym ze sposobów, aby to osiągnąć.

Być może działa tu także subtelniejszy czynnik, który prowokuje rosnącą aktywność NATO: konflikt pomiędzy trendami makroekonomicznymi, a lokalnymi warunkami uprawiania polityki – czymś, co teorie globalizmu określają mianem „mikropolityka”. Jak by nie było, międzynarodowy wzrost gospodarczy wymaga istnienia silnych lokalnych instytucji politycznych zdolnych narzucić reguły rynkowe i kompensować straty osobom przegranym, które w nieunikniony sposób pojawią się w następstwie szybkich zmian gospodarczych. Jednak jeżeli te lokalne instytucje okażą się nieadekwatne do wypełnienia tych zadań lub zupełnie zawiodą, wielu przegranych może złożyć swój los w ręce ekstremistów, którzy winią Zachód za ich niedolę i których gróźb Sojusz nie może już dłużej ignorować. Na przykład, globalny popyt na heroinę prowadzi to rozkwitu przemysłu opiumowego w Afganistanie, co z kolei podważa nowe, kruche instytucje stworzone po upadku talibów. To następnie pozwala na rozkwit podmiotów konkurujących z legalnym państwem, takich jak odradzający się Taliban. Wtedy NATO interweniuje, próbując odbudować miejscowe struktury polityczne, do zniszczenia których przyczynił się globalny popyt na heroinę.

Widzimy zatem, że zjawisko, którego korzenie są po części związane z makroekonomią może stać się ponadnarodowym zagrożeniem, które w nieunikniony sposób prowokuje polityczne zaangażowanie Zachodu, wśród chóru żądań, aby NATO pokierowało akcją naprawczą, która przyniesie natychmiastowy skutek. Ten chaos w punkcie styczności pomiędzy makroekonomią i mikropolityką jest impulsem do nowej globalnej obecności NATO. Z kolei Sojusz reaguje na zakłócenia spowodowane globalnymi trendami ekonomicznymi w jedyny znany sobie sposób – próbuje stabilizować sytuację za pomocą sił zbrojnych. Krótko mówiąc, Sojusz stał się stosowanym ad hoc substytutem ”makropolityki”, która jest tym, czego naprawdę potrzebuje świat, ale czego członkowie NATO nie chcą i być może nie mogą zapewnić. NATO reaguje, chociaż w niedoskonały sposób, ponieważ po prostu nie ma żadnego innego wiarygodnego podmiotu, który mógłby wesprzeć swoje intencje związane z modernizacją polityki i pomocą humanitarną poprzez odwołanie się do militarnej potęgi Zachodu.

W rozumowaniu tym tkwi jednak pewna niepokojąca implikacja: nowy aktywizm NATO może wynikać z braku strategii Sojuszu. Całym sensem strategii jest przecież rozróżnianie pomiędzy operacjami wartymi wysiłku i tymi, które są niepraktyczne poprzez zrównoważenie celów politycznych i środków wojskowych. Brak takiego rozróżnienia może zdradzać brak koordynowanego strategicznego uzasadnienia podejmowanych działań. Naturalną konsekwencją takiego braku, gdyby do niego doszło, byłoby zwielokrotnienie obieranych celów przekraczających realne środki dostępne na ich realizację. W rezultacie powstałby Sojusz, który wprawdzie działałby, ale byłby pozbawiony zdecydowanej woli politycznej niezbędnej do zmobilizowania środków do realizacji swych celów i nie miałby także wewnętrznych mechanizmów umożliwiających choćby dopasowanie środków do celów, którym mogą służyć. Wynika z tego zetem, iż imperium popychane do zewnętrznej działalności przez przypadkowe wydarzenia, wcześniej czy później dojdzie do punktu, w którym nie będzie mogło utrzymać swoich wielorakich działań. Oczywiście niektórzy komentatorzy zaczęli już twierdzić, że ten punkt został osiągnięty w Afganistanie, gdzie niekończąca się lista ofiar śmiertelnych po stronie Sojuszu być może zmusi go do poważnego ponownego przemyślenia roli NATO w tym kraju.

Popyt na nowoczesność

Wizja NATO, jako organizacji popychanej do aktywności przez siły zewnętrzne może wywołać dyskomfort. Ostatecznie, jest ona przeciwstawna do tradycyjnych wyobrażeń Sojuszu, który ma być motywowany do działania nie przez jakąś, będącą w kolektywnym posiadaniu, potęgę wojskową, której dysponentem miałaby być Kwatera Główna NATO, ale przez geostrategiczne potrzeby państw członkowskich. Zgodnie z tym tradycyjnym poglądem, los NATO będzie kształtowany przede wszystkim przez zmienne czynniki o charakterze wewnętrznym, a nie zewnętrznym. Jak Stephan De Spiegeleire i Rem Korteweg wyrazili to w niedawnym artykule, który ukazał się w letnim numerze Przeglądu NATO: „rozwój sytuacji wewnątrz Sojuszu ma większe znaczenie dla przyszłości NATO, niż jakiekolwiek wydarzenia rozgrywające się poza NATO, w szerszym środowisku obronnym”.

Zawsze pokrzepiające jest przekonanie, że trzymamy w ręku klucze do naszej przyszłości. Jednak tradycyjne interpretacje NATO jako świadomego siebie podmiotu strategicznego realizującego jednoznacznie zdefiniowane wspólne interesy być może nie odzwierciedla już realnej sytuacji Sojuszu. Na planszy,, na której NATO rozgrywa swój los pojawił się całkiem nowy konglomerat żądań wyrażających zapotrzebowanie - zapotrzebowanie ze strony reformatorskich elit w wielu państwach, które pragną – z pomocą NATO – osiągnąć nowoczesność w zachodnim rozumieniu tego słowa.

Te żądania są potężne. Odwołują się do naszych liberalnych i demokratycznych instynktów w większym stopniu, niż do naszych interesów i jest w tym coś godnego pochwały. Zjawisko to przypomina myśl norweskiego uczonego Geira Lundestada, który sformułował pojęcie “imperium działającego na zaproszenie”, gdy państwa europejskie zwróciły się o obecność Amerykanów w Europie po zakończeniu II wojny światowej. „Zaproszenie”, jakie świat kieruje do Sojuszu jest poważnym wyzwaniem dla pełnego wahań, ale mimo to rosnącego aktywizmu NATO, niezależnie od tego, czy wysyłane jest z Gruzji, Afganistanu, czy Unii Afrykańskiej. W takim sensie granice Sojuszu są nie tyle rozpychane od środka, co rozciągane od zewnątrz. Jeżeli rzeczywiście jest to imperium, nie jest to imperium, które działa na zaproszenie, ale na żądanie.
...Początek strony...

* Turcja uznaje Republikę Macedonii pod jej konstytucyjną nazwą.